I tak sobie myślałam, jakbym tą swoją nieobecność na blogu swoim jak i Waszych mogłabym wynagrodzić (jeśli w ogóle jest to możliwe;)) Obiło mi się o uszy, że najlepiej po dłuższej przerwie pokazać coś najlepszego, zachwycić tak żeby to wejście było zapamiętane z wielką klasą.
A czym ja mogę Was zachwycić swoją skromną osoby?
Włosy, bo to ten ważny atrybut kobiecości może być? :)))
Nie... dziś będzie o tym co robić, aby włosami zachwycać wszystkich dookoła i siebie w szczególności, o!
Wy już dobrze wiecie, ze wierzę w moc olejów. Nie wyobrażam już sobie bez nich pielęgnacji włosów.
Są moim stałym punktem w dbaniu o to co nosze na głowie i uznaję je za niezbędne, nie do zastąpienia jak to się mawia. Oleista maź wbrew pozorom może być przyjemna, ładnie pachnąca i przyjazna w użytkowaniu. Taka, po której widać efekty i ciszą one oczy nie tylko nasze ale i otoczenia. Włosy błyszczą jak szalone, a nam do refleksów potrzebne jest tylko naturalne słońce :))
Nie ma tutaj mowy, że swój błysk, o który tak często pytacie zawdzięczam tylko maskom i odżywkom.
Nie, nie i jeszcze raz nie. To systematyczne olejowanie daje takie korzyści!
Zarówno posiadaczki słabych, kruchych, łamliwych i zniszczonych przez detergenty włosów, jak i te z mocnymi i zdrowymi powinny zaprzyjaźnić się na dobre z tą metodą :) To wcale nie wymaga wiele czasu, wystarczy znaleźć odpowiedni olej dla swoich włosów i być systematyczną w działaniu.
Eliksir, o którym dziś mowa jest produktem typowo odbudowującym i zabezpieczającym w jednym. Złoty płyn, zamknięty w szklanej, solidnej i pięknej buteleczce. Brzmi dumnie, jest bajecznie.
Można go stosować jak wszystkie inne oleje przed myciem, ja jednak praktykuję go w kwestii "po" podczas suszenia i/lub na wykończenie.
Połączenie trzech olejków, zaczynając od ostatnio bardzo modnego arganowego, (chyba już nie ma marki na rynku, która nie miałaby czegoś w swojej ofercie z arganem ;)), następnie jest i mój ulubiony migdałowy, znany z niesamowitych właściwości nawilżających oraz jojoba dla pełnego ujarzmienia włosa.
Taka mieszanka z góry była skazana na sukces. Nie wyobrażałam sobie inaczej i ten produkt, oficjalnie zostaje okrzykniętym (tak, krzyczeć potrafię z radości ;)) najlepszym produktem do zabezpieczenia końcówek włosów i nadania im niepowtarzalnej miękkości, elastyczności, sprężystości i pełnego blasku w jednym. Prezentują sie szalenie zdrowo, są sypkie i wyraźnie zdrowsze. Ochronna formuła tworzy delikatny film, który z każdą kolejną aplikacją pogłębia swoje działanie. Włosy zyskują na kondycji podczas systematycznego stosowania. I mogę wreszcie napisać, że moje włosy przeszły transformację odkąd go używam. Końcówki dużo mniej się rozdwajają, a nawilżeniem i gładkością włosów wciąż się zachwycam. Jest absolutnie przepięknie, gdyż jeszcze nigdy nie były tak w dobrym stanie, po 4 miesiącach od ostatniej wizyty u fryzjera. Jeśli wiec jutro nie poleci mi sporo centymetrów u fryzjera, to znak że eliksir działa, a ja nadal będę go dumnie stosować :)
Wella, Luxe Oil kontroluję moje kręcone włosy już podczas suszenia. Swoje dobrocie aktywuję podczas ciepła termicznego zarówno przy użyciu suszarki jak i prostownicy, ale też i bez tego sprzętu spisuję się świetnie! Dla pełnego rozświetlenia i wydobycia blasku z włosów, na mokre aplikuję 3 krople od ucha po końce. W celu zapewnienia dodatkowej ochrony podczas dnia codziennego, na suche włosy nakładam jeszcze 2 krople zaczynając już prawie od skalpu :) Formuła jest ultra lekka, nic nie obciąża tylko upiększa i pozostawia prześliczny zapach :))
I patrząc na te powyższe zdjęcia, wiem że nie zamienię go na żaden inny. Znalazłam ideał i z całego serca Wam go polecam. Jeśli jeszcze go nie znacie, nadróbcie to szybciutko :)) nie pożałujecie.
Pojemność: 100ml
*wszystkie zdjęcia można powiększyć, klikając bezpośrednio na nie.





