poniedziałek, 2 marca 2015

Warszawo, co ty w sobie masz?

Wielkość, pieniądze i przyrodę.
Niby to samo oferuje każde miasto, ale jednak to Warszawa kojarzy się każdemu z BIG city.
Do której o wiele łatwiej dotrzeć, mamy już bezpośrednie loty z większych miast, no i Wrocław doczekał się cudownie prostej drogi. Raptem trzy godziny i jesteś na miejscu;


I widzisz. Szerokie ulice, trochę inną politykę ruchu drogowego. Jeszcze więcej ludzi, i jeszcze więcej robotów drogowych. Sznur samochodów zazwyczaj tylko w jedną stronę miasta - do centrum ;) i bardzo dużo pasów zieleni.


Nie było mnie tu 10lat (nie licząc w listopadzie służbowego wyjazdu, gdzie tylko Galerie Mokotów zwiedziłam...). Tyle wszystkiego przybyło! Podróż na miejscu pasażera, w tych chwilach cenię wyjątkowo. Jedni powiedzą, że szaro i brzydko...i brudno. Dobrze, zgodzę się, że porządek uliczny nie jest na pięć gwiazdek. Ale macie tutaj coś więcej - historię, która przetrwała. I Was jest tyle, kochane blogerki!

I to właśnie ta architektura miejska tak mnie porwała. Tyle pasów zieleni, tyle przyrody w smugach dymu... A drugie zdjęcie poniżej to dla mnie kwintesencja naszej wyprawy, że tutaj jest wszystko! I miłość po grób i zdrowie nad życie...ale ta magia tyczy się tylko tego kawałka ziemi. Bo reszta jest ta sama, sklepy i ludzki czas płynący w nogach, o które można się przewrócić jak się myśli za szybko, niż idzie.


Zazdroszczę Wam tych pawi i kaczek idących obok nogi. Tego spokoju, w tak licznym mieście.
I tej przestrzeni, mimo wszystko wielkiej. Chciałabym, aby ktoś kto długo nie był we Wrocławiu, mógł tak bardzo zachwycać się rozwojem miasta jak ja to robię dziś nad Warszawą. Być może miejscowi tam żyjacy, nie dostrzegają już tego co Was otacza. Mam zatem nadzieję, że oprócz sklepów coś jeszcze docenicie.


Mieliśmy iście wiosenną pogodę, niewątpliwie aura sprzyjała do spacerowania.
A Nowy Świat był przystankiem na włoską restaurację z widokiem na Uniwersytet. Ot, jedzenie nas nie porwało, ale dodało sił w nogach, co najważniejsze :) Romantyczny spacer zakończyliśmy na placu Zamkowym, na którym wiało niemiłosiernie, stąd praktycznie wszystkie zdjęcia są od tyłu. Nie dałam rady wygrać z wiatrem ;-)


Nie dałam rady też wygrać z pokusami.
Wróciłam z uśmiechem, trochę z zakupami. Poznałam sklep marzeń, który zachwycił mnie designem. Wystroju takiego w Polsce jeszcze nie widziałam, magia zaczyna się w Galerii Mokotów. Wychodzisz z Michael Kors i zaczynasz stąpać po bordowym dywanie. Czujesz, że to skrzydło galerii będzie czymś się różnić. Znasz te marketingowe triki doskonale. Słyszysz muzykę, która zaprasza Cie do wnętrza. Wchodzisz, masz dwie, zielone palmy i dwa olbrzymie, wygodne fotele, na których siedzą już mężczyźni załamani gdzie są ich żony. Ubrania są iście plażowe, brakuje Ci tylko klapek, żeby poczuć się jak na plaży. Czego nie dotkniesz to Ci się podoba... Myślisz sobie jak to możliwe, tyle piękna w jednym miejscu? W tym sklepie polubiłabym zakupy na dobre, wzięłabym więcej... ale przecież ja nie lubię zakupów. Jestem kobietą, nie może być zbyt pięknie :) Mam najwspanialszy sweter na świecie i najsłodsze mydło do mycia rąk z Bath&BodyWorks.
Wyszłam, bardzo szczęśliwa.
Wróciłam jeszcze szczęśliwsza.
Bogatsza o kolejną, przemiłą znajomość z uroczą blondyneczką.
Poznałam kolejną kawę o tej samej nazwie, ale całkiem innym smaku.


I tak właśnie zapamiętam Warszawę. Na słodko, z uśmiechem i piękną pogodą.
Do następnego!



Ściskam Was mocno i życzę dużo energii na cały tydzień,
E.

piątek, 20 lutego 2015

Eksplozja czerwieni, Dior Addict Fluid Stick Pandore

Błyszczyk, lakier czy szminka?
Wielofunkcyjny produkt do ust, niczym wielofunkcyjność czerwieni.
Dla jednych wyzwaniem kolor się okazuję, dla innych sam produkt jest zagadką.
Dla mnie najważniejsze w tym temacie była trwałość - nie ma nic gorszego, niż czerwień która z każdym słowem blaknie na naszych ustach.


Innowacyjność Diora nie zna granic. Wyznaczył styl w modzie, będący ucieleśnieniem kobiecości zmysłowym połączeniem szaleństwa i elegancji.
Każde opakowanie, każdy kosmetyk, każdej kolejnej serii to pchnięcie nowego ducha w epokę makijażu. Sztukę - upiększająca i ułatwiającą życie kobiet ;)


Dior Addict Fluid Stick, to kunsztowne dzieło Diora, zamknięte w charakterystyczne dla błyszczyków tej marki opakowaniu, jednak z wyraźnym akcentem na kolor w postaci szminki.
Jakie było to miłe zdziwienie, kiedy po otwarciu, delikatnie wypycha się na światło dzienne, mięsisty, bardzo ergonomiczny aplikator w kształcie ust. I sunie niczym woda, pozostawiając niesamowitą barwę. Jego zadaniem jest połączenie maksymalnego koloru, połysku oraz wrażenia „no makeup” w jednym produkcie, który jest trwały i zapewnia uczucie komfortu.

Jego intensywność oraz łatwość użytkowania mogłabym porównać do markera, tak tego, którym szybko chcemy napisać, wielki wyraźny napis ;) To właśnie otrzymujemy tym razem od Diora - szybkość, precyzję i wyrazistość.


Przez przypadek, wybrałam odcień, który sam Dior umieścił w swojej czołowej czwórce spośród szesnastu odcieni.

Pandore, to czysta, promienna, ekstrawangancka czerwień. Eksplozja miłości, tak odważnej, że aż zabronionej... Lekkość produkt sprawiła, wielki uśmiech na mej twarzy. To ona czyni go tym, że nie da się nawet najbardziej karminową czerwienią przerysować naszego wyglądu. Wodna formuła jest bardzo delikatna dla ust - moje niesamowicie wygładza, delikatnie powiększa i trwa wiele godzin w najlepsze. Efekt lustrzany tzw. mokrych ust, można ściągnąć od razu przy pomocy chusteczki higienicznej, w którą odciśniemy wargi. Sam odcień to ten typ kosmetyku, gdzie kolor gra pierwszy plan, bez pełnego krycia. Wiedziałam, że będzie do "ułożenia" w ciągu dnia :)


Odnalazłam swego Graala na większe i codzienne wyjścia. Z pomocą technologii, niesamowitego połysku i matu w jednym, uwielbiam nosić to szaleństwo na ustach :)))

Cenicie sobie takie wynalazki kosmetyczne? Macie swoje ulubione lakiery do ust?


Słonecznego weekendu Wam życzę,
E.

piątek, 6 lutego 2015

Usta ubrane w Chanel: Rouge Coco 54 Le Baiser, 58 Rubellite Le Crayon Levers


Nie byłabym sobą, gdybym w nowy rok nie weszła z nową listą marzeń. 
Pisałam, pisałam, od tych najgłębszych i najważniejszych, po te materialne, szybsze do realizacji... i w którymś, kolejnym myślniku znalazła się pozycja Chanel Rouge Coco 54 Le Baiser. 
Marzyłam o niej od dawna, zbliżające się urodziny i wyprzedaże w Douglasie pchnęły mnie do szybszej realizacji listy ;)


Le Baiser to piękna, malinowo koralowa słodycz ust. Ubiera je w intensywną barwę, taką która swoim pięknem lubi zwracać uwagę na siebie.
Zamknięta w klasycznym, miłym dla oka opakowaniu na klik, otoczona odrobiną złota dla przypomnienia luksusu. Z dyskretnym logiem na wierzchu i numerkiem z nazwą od spodu, miło leży w ręce i jeszcze lepiej się aplikuję tę konsystencję dość masełkową. Nawilża przyzwoicie, trzymając się mocno kilka dobrych godzin rozmów, śmiechu i tańców. Jak cała rodzina dyskretnie pachnie i jest bez smaku, niby drobnostka ale dla mnie niezmiernie ważna rzecz, przy malowaniu ust codziennie.

Poznałam ją dzięki małej próbce, wraz z innymi kolorami z tej serii, kiedyś otrzymanych przy zakupach. Za każdym razem gdy ją nosiłam, mocno się uśmiechałam :) Nic dziwnego, że na rozmowę kwalifikacyjną wybrałam właśnie ją, i od tej pory wiedziałam, że muszę ją mieć. Gdyż kolor, konsystencja i szczęście jakie mi przyniosła :))) jest w stu procentach mój.


Dobrałam do niej od razu konturówkę, delikatnie bardziej różową, ze względu na uniwersalność koloru dla innych pomadek w kosmetyczce.
Pędzelek zagrał tutaj znaczną rolę, lubię mieć produkty 2w1. Nie ukrywam, że dużo lepiej nakłada mi się kosmetyki akcesoriami do tego przeznaczonymi. Cenię sobie produkty, które pozwalają mi mniej nosić rzeczy w torebce. 
Wiem, że mimo różnych opinii w sieci konturówka Chanel Le Crayon Levers spełnia moje oczekiwania w duecie z La Beiser, jak i innymi. Sama w sobie kredka jest miękka, bardzo trwała i długo utrzymująca się jako kontur ust. Pięknie wypełnia usta, do stosowania solo jak i z błyszczykiem - efekt będzie inny, bardziej dziewczęcy i słodki.
W kartoniku znajdziemy temperówkę z logo marki, (może wreszcie jej nie zgubię ;)) przydatna rzecz, której często brakuję pod ręką.


Zakochana po uszy, trwam. Zapewne na długo, bo nie można zaprzeczyć urokowi tego koloru, trwałości i komfortu noszenia barwionych ust przy pomocy Chanel.  Marki, która ostatnio na nowo mnie zaskakuję, zachęca i kusi mocno, zbyt mocno.

A jak jest u Was? Czym się kierujecie w wyborze malowania ust?
O czym teraz marzycie? :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
E.