Chyba Wam o tym jeszcze nie mówiłam ;) Wybierając kierunek Architektura Wnętrz, mama nic nie mówiła. Zapisując się na Architekturę i Urbanistykę, mama siała dumę dookoła. Kiedy jednak dowiedziała się, że jej dziecko jest na Architekturze Krajobrazu, mama zzieleniała. Poważnie zaczęła się martwić o mnie, wpadła w histerię i to nie była troska, to było przerażenie. Ja i ogród, to jak pies i kot. Sama idąc na pierwsze zajecia, szłam jak na ścięcie głowy. W życiu nie przypuszczałabym, że dla tego trzeciego kierunku, jestem w stanie założyć rękawice w kwiatki, spocić się i ubrudzić od stóp do głów, sapać gorzej niż nie jeden maratończyk, bo na studiach pokazywali kosiarki spalinowe ze wspomaganiem, a w garażu stała wiadomo, ta najtańsza. Rzucić wszystko dla praktyk w terenie i jeździć wszędzie tam, gdzie bliżej natury.
Z początkiem wiosny martwa natura budzi się do życia. Pasjonaci ogrodu zacierali ręce już na początku marca, snując wizję jakim widokiem będą raczyć się spoglądając przez okno, z każdym kolejnym promykiem słońca. Otwieram okno na oścież i czuję hiacynty, forsycje i magnolię w szczególnej mierze.
W niedzielny poranek, pełen słońca, aparat sam wpadł mi w ręce i wyszłam przed dom w poszukiwaniu wiosny. Ostatnie weekendy, przedpołudnia zaowocowały kilkoma przyjemnymi barwami. Nasz ogród powstał z myślą o czterech porach roku. Wiosna, to przewaga pasteli, dużo bieli, różu i fioletu, a dla kontrastu kolor żółty i niebieski, współgrający z niebieskimi elementami wyposażenia ogrodowego. Lato to pełna paleta barw, zaś jesień jest czerwona łamaną pomarańczą, która pięknie współgra z pierwszymi płatkami śniegu. Z Leonem pokażemy Wam, nasz skromny raj na ziemi...Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, dlaczego tak bardzo pokochałam swój zawód :)